21 stycznia 2015

Gdzie te nowoorleańskie prostytutki?

Źródło: Filmweb

Przenosimy się do dzielnicy orleańskich prostytutek. Wchodzimy do obskurnej speluny. Wdychamy opary alkoholu połączone z zawiesistym dymem papierosowym unoszącym się w powietrzu i osiadającym na ubraniach. Zamawiamy najbardziej wykrzywiającą gębę whisky i siadamy z tyłu przysłuchując się hałasowi tworzonemu na kiepsko oświetlonej scenie. Słuchamy Louisa Armstronga, Nat King Cole’a, Herbie Hancock’a, czy Niny Simone. Słuchamy jazzu…

Próbujemy odnaleźć się w ogarniającym nas chaosie, z którego z każdym kolejnym taktem wypływa harmonia. Zaczynamy rozumieć emocje płynące ze sceny. Przytupujemy nogą w rytm wyrazistych klawiszy, kiwamy głową na dźwięk przeszywających trąbek. Gwiżdżemy na widok pięknej solistki w czerwonej sukience delikatnie muskającej palcami mikrofon, jakby miała przed sobą mężczyznę. Wsłuchujemy się w historie opowiadane przez czarnoskórych niewolników. Słuchamy improwizowanych dźwięków ich dusz. Dusz łączących się w tym momencie w jednego niepokornego ducha wypełniającego pomieszczenie, jak ostry papierosowy dym.


Tak brudny jest jazz. Tak wyobrażamy sobie delektowanie się tą muzyką. Damien Chazelle zdecydował się jednak odejść od tego stereotypu i pokazać trochę inną, uwspółcześnioną historię jazzu.

Niedawno obejrzałam „Whiplash”. Film, który okazał się hitem 2014 roku, zdobył kilka nominacji do Oscara, podbił serca widzów i połechtał muzyczne ego audiofilów. Film, którego tytuł jest spoilerem najsłabszej akcji w filmie. O co cały ten hałas? Sama do końca nie rozumiem i dziwię się, że filmem tym, tak bardzo zachwycają się tłumy ludzi. Ale po kolei.

UWAGA! MOŻLIWE SPOILERY!

„Whiplash” to film dwuwymiarowy. Z jednej strony reżyser pokazuje nam historię młodego chłopaka z wybujałym ego, ucznia konserwatorium, który pragnie zostać najlepszym jazzowym perkusistą świata. Przez to musi stoczyć walkę nie tylko z samym sobą, starając się być coraz lepszym, ćwicząc dniami i nocami, raniąc dłonie do krwi, ale także walczy z surowym nauczycielem, muzycznym geniuszem, tyranem, dla którego jeden roztrzaskany o ścianę talerz może oznaczać koniec wielkiej kariery przyszłego muzyka. Presja czasu, presja otoczenia, zbytnia pewność siebie, kolejne załamania nerwowe powodowane przez manipulacje diabolicznego profesora. To wszystko doprowadza do coraz cięższej walki o swoje marzenia. Do walki ocierającej się o syndrom sztokholmski. Do walki ociekającej potem i krwią.

 I niby całość ogląda się dobrze, ale pod koniec reżyserowi kończą się dobre pomysły na rozwiązanie akcji i wybiera najbardziej oklepany i najmniej realistyczny ze wszystkich. Wymyśla wypadek samochodowy. Chłopak, spiesząc się na koncert, zapomina pałeczek. Nauczyciel nie chce go bez nich wpuścić na scenę. Do rozpoczęcia koncertu pozostało kilka minut, więc nasz bohater postanawia po nie wrócić. Presja czasu staje się coraz bardziej dokuczliwa. Chłopak wypożycza samochód i siada za kierownicą, kompletnie nie zważając na przepisy ruchu drogowego. Gdy jest już  blisko celu, nagle wjeżdża w niego ciężarówka. Pognieciony samochód dachuje, ale po kilku chwilach, jak gdyby nigdy nic wychodzi z niego muzyk. Bez większego uszczerbku na zdrowiu, trzeźwo myślący, obrażeń większych nie widać i zaczyna biec z tymi pałeczkami na swój koncert. Scena, jak z pospolitego filmu klasy B, która skutecznie zabija klimat budowany od początku filmu. Prawie zabili go, ale uciekł. Scenarzysta zainspirował się zapewne znaczeniem słowa „whiplash”, czyli urazem kręgosłupa odcinka szyjnego, wywołanym nagłym przyspieszeniem lub opóźnieniem ruchu szyi w stosunku do klatki piersiowej, powstającym zwykle w wyniku wypadku komunikacyjnego.

Z drugiej strony mamy muzykę. Jazz. Gatunek, który nigdy nie trafiał do rzesz odbiorców. Nigdy nie stał się popkulturowym chłamem. Nigdy nie słuchało go tylu głuchych widzów, co na seansie filmu „Whiplash”. Nagle ludzie zaczęli zachwycać się tą muzyką, znaną im z zaledwie kilku utworów umieszczonych w filmie. Trzeba jednak przyznać, że zagranych znakomicie. Widz zauważa, że nie jest to łatwy kawałek chleba. Aby grać jazz potrzebny jest talent i samodyscyplina. Sam film przybrał formę utworu jazzowego. Na początku nieśmiałe wprowadzenie, aby na końcu wybrzmieć z całą siłą i energią zawartą w improwizacji muzycznej.

Film stał się jazzowym numerem. Nierównym, z nieoczekiwanymi zwrotami akcji, jednak niewystarczająco dobrym, aby zostać nominowanym do Oscara. Ze świetną muzyką i niezłym montażem, ale cała historia nie została do końca dobrze przemyślana. Chociażby przydałoby się lepsze preludium do końcowej sceny. 

Boję się, że przez ten film jazz zostanie odebrany, jako popkulturowe zjawisko. Muzyka zostanie wyprana z emocji, zbezczeszczona słuchaniem jej w słabej jakości filmikach YouTube, a ludzie zinterpretują ją niepoprawnie, o ile w ogóle. Dziwi mnie również, że film cieszy się taką popularnością wśród ludzi, którzy z tym gatunkiem muzycznym nigdy nie mieli wiele wspólnego, a słuchanie go pozostawiali sztywniakom w czarnych garniturach lub artystom w swetrach z golfem. A mimo to idą do kina i wychodzą zachwyceni. Coś tu jest nie tak...


Dzieło - dramatyczne. 7/10.

14 komentarzy:

  1. Sprawa z "Whiplash" jest rzeczywiście ciekawa, bo znam osoby, które wręcz nie trawią jazzu, a tutaj się zachwycają i mówią, że nawet odpalali motyw muzyczny później w domu. No cóż, po prostu dobry film ; )

    OdpowiedzUsuń
  2. Jazz nie jest dla mnie muzyką ulubionę, urodzona w końcówce lat 80 jednak sercem jest z rockiem, grunge czy nawet metalem i brzmieniem gitar z rocznika moich rodziców :) Ale Twój opis mnie zainteresował, chętnie zobaczę ten film :) pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Również kocham rock. Brzmienia gitar nic nie zastąpi :)

      Usuń
  3. Nie słucham namiętnie jazzu, ale w filmie nie chodzi o muzykę. Ona jest tylko tłem. Równie dobrze reżyser mógł opowiedzieć historię chłopaka, który gra w kosza, marzy o zostaniu pisarzem albo sprzedawcą mydła. Dla w filmie chodzi o dwie rzeczy. 1: Ile pracy, wysiłku i wyrzeczeń cię czeka, jeśli chcesz być w czym najlepszy. 2: Czy czasem nie jesteśmy za delikatni dla innych ludzi i czy to ma wpływ na spadający odsetek rzeczy wielkich? Dajemy dzieciakom dyplomy za sam udział w zawodach, chwalimy nietrafione pomysły pracowników tylko dlatego, że mieli odwagę coś powiedzieć, unikamy słów, które mogą kogoś urazić, itd. a potem okazuje się, że w większości dziedzin serwuje się nam usługi na poziomie przeciętnym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie powiedziałabym, że w filmie muzyka jest tylko tłem. Ona jest jednym z głównych bohaterów. Jest tak samo ważna, jak wątek chłopaka walczącego o sławę. A przeciętności i tak się nie uniknie. Niestety.

      Usuń
  4. Fenomenalna, wręcz plastyczna wizualizacja atmosfery panującej w podrzędnej spelunie. Naprawdę nic tylko zamknąć oczy i poczuć klimat którego dzięki pierdolniętym, politycznie poprawnym przepisom już zaznać nie można! Sorry, ze ja tak o knajpach nie odnosząc się do reszty artykułu ale ty wiesz że ja jestem kulturalnym imbecylem i chyba nie wiele miałbym do powiedzenia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Osobiście jak najbardziej popieram zakaz palenia w miejscach publicznych. Wreszcie nie muszę dusić się w klubie i nie wychodzę śmierdząca.

      Usuń
    2. Nie podlega dyskusji to ze zadymione lokale byly dla niepalacych miejscami gdzie nie czuli komfortu potrzebnego do dobrej zabawy i relaksu jednak w takich momentach przemawia ze mnie ktos kto pewnej nocy, wykopujac na cmentarzu swoich marzen kolejny grob postanowil zanurzyc sie w brudzie i mroku betonowego molocha. Moja droga prowadzila czesto do utopionych w dymie szulerni gdzies na zapleczach arabskich herbaciarni lub do obskornych spelun gdzie biusciasta barmanka wiedziala o czlowieku wiecej niz wlasna matka i wtedy pokochalem ten klimat ktory opisalas ty

      Usuń
    3. Coś w sobie miały te speluny, choć jesli miałabym się w jakiejś znaleźć, to zdecydowanie wolałabym przenieść się w czasie na początek XX wieku. W ogóle to ze swojego komentarza mógłbyś zrobić świetną opowieść na bloga. Pomyśl! Twój opis czyta się, jak dobrą książkę.

      Usuń
    4. Może kiedyś dmuchnę na kurz który osiadł na wspomnieniach z czasu gdy tańczyłem z moim przeznaczeniem diabelskiego pasodoble, kto wie. Zrobię z tego miłosny poradnik pt „Mężczyzna pisze o miłości czyli co robić żeby uczucia nie wypatroszyły twojej duszy” :)

      Usuń
    5. Wysłałam do Ciebie już w tej sprawie wiadomość. I czekam na wpis.

      Usuń
  5. Film podobał mi sie, jednak zgadzam sie z Toba. Rezyserowi kompletnie zabraklo pomyslu na koniec. A film rownie dobrze mogl nazywac sie 'Caravan'-piosenka ktora czesciej grano w filmie. Nie jestem wielbicielka jazzu, kocham rocka, klasyke. Ale motyw muzyczny w filmie, zachwycil mnie. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie Caravan nie byłby takim złym tytułem dla tego filmu.

      Usuń