3 stycznia 2015

Jak skutecznie stracić 10 kg i już ich nie odzyskać - moja historia


Ile razy słyszałam od koleżanek, że chciałyby schudnąć, ale nie wiedzą jak, nie wychodzi im, nie potrafią, nie dadzą rady. Próbowały już przeróżnych sposobów, ale żaden nie okazał się skuteczny. Jedne walczyły miesiąc, inne obiecywały sobie co tydzień, że od poniedziałku to już na pewno. Ile diet stosowały, wyrzeczeń, aby po dwóch tygodniach rzucić wszystko w diabły, przytyć jeszcze więcej, wyniszczyć organizm. Nie słuchały, kiedy mówiłam im, że to na nic, pic na wodę, internet i telewizja kłamią, a one marnują jedynie swój czas. Wiedziały lepiej.

W zastosowanych przez nie sposobach tylko jedna rzecz okazała się skuteczna. Skutecznie zniechęciły się do podjęcia próby walki z nadwagą, straciły motywację, wiarę w siebie, poczucie wartości i wolały poddać się głupio wierząc w czarodziejskie diety cud i magię mediów. Tak było do czasu, aż sama pokazałam im, że można skutecznie schudnąć 10 kg i wcale nie potrzeba do tego ani wiele czasu ani pieniędzy, a o efekcie jojo można spokojnie zapomnieć. Widząc moją przemianę, kilka dziewczyn zastosowało poniższą metodę i do dziś cieszą się piękną figurą, zdrowym ciałem i dobrymi nawykami, które pojawiły się praktycznie same.

Okazało się, że pod względem motywacyjnym jestem lepsza niż Chodakowska, a moje metody na schudnięcie są dużo łatwiejsze, tańsze i mniej monotonne. Zapoznaj się z moją historią, a sama zobaczysz.

PROLOG

Nigdy nie zaliczałam się do grupy "dziewczyn - patyków", którym kości przebijają skórę i ubranie. Od kiedy pamiętam ważyłam kilka kilogramów więcej niż przewiduje ustawa wskaźnik BMI, ale zawsze mieściłam się jeszcze w przedziale ludzi szczupłych. Szczupłych - nie chudych. 5 czy nawet 8 kilogramów ciała więcej nigdy mi nie przeszkadzało, a wręcz sprawiało, że wyglądałam bardzo kobieco i seksownie. Wiecie... kilogramy szły zazwyczaj w cycki i biodra, co nadawało im ładnych krągłości; no i trochę w brzuch. Faceci oglądali się za mną na ulicy, na powodzenie u płci przeciwnej nie mogłam narzekać, mieściłam się w sklepowe ubrania, więc tych kilka dodatkowych kilogramów nie stanowiło żadnego problemu. Nawet je lubiłam. Problem pojawił się gdy...

PRZED

... gdy pewnego wieczora przeglądałam zdjęcia ze spotkania ze znajomymi. Ładni, uśmiechnięci ludzie bawiący się przy piwie i fajce wodnej. Ludzie różnej narodowości i postury. I wtedy trafiłam na TO zdjęcie. Ja - siedząca obok chudej koleżanki... Przytulamy się, robimy głupie miny, szczerzymy zęby w uśmiechu, a mój tshirt ze śmiesznym nadrukiem wchłaniany jest przez piękną i okazałą fałdę sadła na brzuchu. Przeżyłam szok. W jednej chwili straciłam cały swój entuzjazm, a poczucie wartości drastycznie spadło. Patrzyłam na tę fotografię, porównywałam z innymi i z każdym kolejnym zdjęciem czułam się, jakby ktoś walił mnie od tyłu kijem baseball'owym w głowę. JAK MOGŁAM DOPROWADZIĆ SIĘ DO TAKIEGO STANU? - było pytaniem, które pojawiło się jako pierwsze. Matko Bosko Chodakosko, kiedy to się stało? 5 seksownych nadprogramowych kilogramów przerodziło się w 15 kilogramów nadwagi i sadła aspirującego do miana drugich piersi. Przy wzroście 169 cm ważyłam 80 kg. Przez niecałe półtora roku studiów, przez siedzący tryb życia, przez miłość do czekolady, przez kilka drinków w miesiącu oraz przez byle jaki sposób odżywiania zyskałam 10 dodatkowych kilogramów i zdjęcie, które stało się motywacją do zmiany. To był impuls. Decyzję o schudnięciu podjęłam natychmiast. "Tak nie może być" - pomyślałam i zabrałam się do roboty.

W TRAKCIE

Za przemianę zabrałam się jeszcze tego samego wieczora. Nie było łatwo... ale tylko przez pierwsze trzy dni. Później szło z górki i czerpałam z chudnięcia i zmian jedynie satysfakcję, choć nie powiem... zdarzały się kryzysy. Ale po kolei.

1. Motywacja - moją było zdjęcie, na którym zobaczyłam, jak nieświadomie zamieniam się w główną bohaterkę filmu "Uwolnić orkę". Chcę jednak zaznaczyć jedną i najważniejszą rzecz w całym procesie. Motywacja to nie postanowienie. To nie powiedzenie sobie, że od dziś zaczynam zmianę, a za tydzień i tak zapomnisz, co postanowiłaś. Motywacja to nagły impuls, który spada na Ciebie, jak grom z nieba i zmusza Cię do działania, wywołuje szok. Motywacja to uświadomienie sobie, że jeśli nie zaczniesz zmieniać siebie teraz, zaraz, to z każdym dniem będzie tylko gorzej. Jeśli odkładasz coś na następny dzień, tydzień, nowy rok, "zacznę od poniedziałku" to znaczy, że nie jesteś zmotywowany do działania. Postanawiasz poprawę, lecz tak naprawdę nie zależy Ci, żeby coś zmienić lub jeszcze nie jesteś gotowa, choć wydaje Ci się, że jest inaczej. Motywacja pojawia się rzadko i przypomina artystyczną wenę. Jeśli masz natchnienie, wenę, motywację i nie siądziesz od razu do malowania obrazu, pisania wiersza, czy komponowania muzyki, to wiesz, że za godzinę nic z tego nie wyjdzie, stracisz zapał, a pomysł i chęci przeminą. Tak samo jest z chudnięciem i każdą inną zmianą. Sama przerabiałam tę kwestię kilka razy i naprawdę widzę różnicę.

2. Nie odkładałam odchudzania na jutro - prokrastynacja to moje drugie imię, dlatego wiedziałam, że jeśli odłożę postanowienie na następny dzień, to może być różnie. Postanowiłam zacząć działać od razu, bo nie dość, że miałam silną motywację, to jeszcze zdawałam sobie sprawę, że im wcześniej zacznę odchudzanie, tym szybciej wrócę do formy. Każdy kolejny dzień rozleniwiałby mnie bardziej, a każdy tydzień przynosiłby dodatkowe kilogramy. Godzina była dość wczesna, więc zaczęłam jeszcze tego samego wieczoru. 

3. Poznałam siebie - bez tego ani rusz. Każdy inteligentny i mądry człowiek powinien w wieku około dwudziestu lat uświadomić sobie kim jest i jaki jest, bo od tego zależy całe życie. Nie znasz siebie - nie znasz świata. Jeśli nie znasz swoich słabości i mocnych stron, nie uda Ci się mądrze schudnąć. Musisz pamiętać, że odchudzanie to nie tylko proces gubienia kilogramów, ale przede wszystkim poznawanie samego siebie. Dlatego zastanów się, jakie są Twoje maksymalne możliwości fizyczne, a przede wszystkim psychiczne. Pamiętaj, że wszystko, co robisz, najpierw dzieje się w Twojej głowie - od motywacji, przez postanowienia do realizacji celu. Im silniejsza psychicznie jesteś, tym będzie Ci łatwiej. Wytrzymałość fizyczna to tylko dodatek. Sama jestem kobietą dość silną pod względem mentalnym, uwielbiam testować swoją wytrzymałość, kocham wyzwania i byłam silnie nastawiona na osiągnięcie celu, którym było...

4. Schudnięcie nie jest celem głównym - patrząc na zdjęcie przeanalizowałam sobie, co robiłam źle, co spowodowało, że przytyłam 10 kg. Tycie jest skutkiem ubocznym naszego bezmyślnego postępowania. Nie przyczyną. Jeśli chcemy wyleczyć chorobę, to nie leczymy tylko bólu głowy, ale szukamy przyczyny, która go wywołuje i to nią się zajmujemy (choć wiem, że wielu głupich ludzi woli wziąć tabletkę i nawet nie zastanowi się, co spowodowało ból). Analogicznie postępujemy z odchudzaniem. Pozbywamy się przyczyn, a skutki (czyli tłuszcz, złe samopoczucie) same znikną. Dlatego moim celem było nie schudnięcie samo w sobie, ale raczej poprawa jakości swojego życia i postawienie sobie trudnego wyzwania w postaci regularności, pracy fizycznej, pracy nad sobą. Chciałam sobie udowodnić, że nie poddam się, będę walczyła i osiągnę cel, a przy tym...

5. Potraktowałam chudnięcie, jak zabawę - jak już napisałam wyżej, stracenie 10 kilogramów nie było celem samym w sobie. Wcześniej próbowałam zgubić kilogram, dwa, czy pięć, ale zawsze albo traciłam szybko zapał albo dieta skutecznie czyściła mi portfel albo po prostu nie miałam motywacji. Wypróbowałam kilka sposobów, które, oprócz frustracji, nie przyniosły żadnych skutków. Teraz wiem dlaczego. Nie dość, że nie miały szans sprawdzić się na dłuższą metę, to jeszcze zafiksowałam się jedynie na utracie kilogramów, zapominając o przyczynach. Podejmując wyzwanie po raz kolejny, dodatkowo całkowicie po swojemu, nie miałam pewności, czy uda mi się stracić choć kilogram. Dlatego stwierdziłam: "Pieprzyć to! Chcę zmienić swoje życie, czuć się lepiej i jeśli w ciągu miesiąca stracę na wadze to super, a jeśli nie, to przynajmniej będę miała satysfakcję, że spróbowałam." I nie pomyliłam się podchodząc do gubienia kilogramów z takim nastawieniem.

6. Określiłam, ile chcę schudnąć - nie sugerowałam się wskaźnikami BMI ani innymi pseudospecjalistycznymi pseudomądrościami rodem z internetu czy telewizji. Stwierdziłam, że kto, jak nie ja, wie najlepiej czego mi potrzeba, kiedy czuję się ze sobą najlepiej. Sztywne tabelki to żadne wytyczne i nie radzę się ich ślepo trzymać. Jeśli, tak jak ja, wolisz mieć te 5 kg więcej, to dlaczego masz się ich pozbywać, tylko po to, bo jakaś strona internetowa mówi Ci, że z BMI = 19 będziesz idealna? Nie będziesz! Bo każdy ma inne ciało, wygląd, przemianę materii, choroby i nie ma jednego złotego środka dla wszystkich. Dlatego właśnie tak ważne jest poznanie samego siebie. Ważąc 80 kg i mierząc 169 cm stwierdziłam, że potrzebuję pozbyć się 10 kg, aby powrócić do szczupłej sylwetki i to był mój kilogramowy cel pośredni (choć wg BMI powinnam zgubić z 15 -17 kg. Ta! Jasne!).

7. Określiłam, przedział czasowy, ale... - nie na utratę kilogramów. Dałam sobie miesiąc, aby sprawdzić, czy potrafię pokonać siebie, słabości i zmienić coś w życiu. Nie mogłam określić, w jakim tempie, i czy w ogóle, będę chudła. Zabierając się za odchudzanie myślałam, że będę cieszyła się, jeżeli moja waga pokaże choć 2 kg mniej. Jak się później okazało, moja metoda była bardzo skuteczna i traciłam 4 - 5 kg w ciągu miesiąca. Nie muszę pisać, że na jednym miesiącu się nie skończyło. Sprawdzanie swojej psychicznej wytrzymałości jest o wiele ciekawsze niż gubienie kilogramów. Ryli!

8. Żadnych przerw - ile razy słyszałam lub czytałam, że np. ćwicząc sześć dni w tygodniu, siódmy powinien być przeznaczony na regenerację. Ile jest "metod" i "diet", gdzie pozwala się odchudzającym na jeden dzień w tygodniu, kiedy mogą jeść słodycze, pić alkohol lub po prostu nażreć się tłusto i niezdrowo. Odniosę się do tego krótko i zwięźle: PIERDZIELENIE! To nic innego, jak pozwalanie sobie na lenistwo, powrót do starych, złych nawyków i nic dziwnego, że takie odchudzanie trwa niecały tydzień, a później masz wyrzuty sumienia, że mogłaś zjeść czekoladę tylko w niedzielę, ale jadłaś przez pięć kolejnych dni lub miałaś ćwiczyć, ale jakoś tak wyszło, że jak siadłaś w niedzielę przed kompem, tak wstałaś dopiero w czwartek. Ludzie to lenie i albo zakładasz, że dajesz z siebie 100 % albo od razu zrezygnuj. Widziałaś kiedyś, żeby ktoś rzucający palenie miał dyspensę na niedzielnego papieroska? Ja też nie. Chodzi o to, żeby wyjść z nałogów (którymi są też słodycze, czy inne przyzwyczajenia, z którymi trudno się pożegnać) i już do nich nie wracać. Dlatego ja nie pozwalałam sobie na żadne przerwy, dni regeneracyjne, dyspensy. Nie zakładałam też niemożliwego, przez co nawet nie potrzebowałam przerw, a i wytrwać przez miesiąc w postanowieniu nie było trudno.

Teraz popatrz na powyższą listę, na pogrubione i podkreślone zdania. Widzisz już na czym głównie opiera się moja metoda? Przez ponad 1500 wyrazów nie powiedziałam Ci nic o diecie, ćwiczeniach i wyrzeczeniach. Wiesz dlaczego? Bo chudnięcie to czysta psychologia. Najpierw odkrywasz siebie i drastycznie zmieniasz sposób myślenia, a dopiero później możesz myśleć o utracie kilogramów. Jest to jedyny sposób, żeby schudnąć i nie przytyć. Mam to szczęście, że potrafię świetnie posługiwać się psychologią w praktyce (nie, nie kończyłam studiów psychologicznych) i potrafię sama przeprowadzić na sobie i innych dokładną psychoanalizę, swoiste studium przypadku, dzięki czemu udało mi się schudnąć i wiem, że ta metoda działa na każdego człowieka, który chce się zmienić. Ale nie fizycznie, a przede wszystkim psychicznie. Dlatego polecam jeszcze raz przeczytać powyższe punkty, zastanowić się chwilę, a tymczasem ja przechodzę do bardziej przyziemnych aspektów skutecznego odchudzania. 

9. Aktywność fizyczna, a dieta - zaraz po odpowiednim nastawieniu psychicznym jest najważniejszą rzeczą jeśli chodzi o odchudzanie. Możesz stosować dowolną dietę, brać tabletki odchudzające, ale jeśli nie zaczniesz ćwiczyć, to i tak nic z tego nie będzie, bo albo nie zauważysz żadnych zmian albo rozregulujesz i wyniszczysz sobie organizm albo za miesiąc spotka Cię efekt jojo z całkiem sporym kilogramowym bonusem. Procentowo powiedziałabym, że ćwiczenia to 60% sukcesu, a dieta 40%. Nie odwrotnie i nie dajcie sobie wmówić, że jest inaczej, bo ktoś chce zarobić na swojej książce kucharskiej, czy bierze hajs za reklamowanie produktów spożywczych jakiejś firmy. Zauważcie, że ruszając się, nie tyjecie, choć nie przestrzegacie żadnej diety, a dieta bez ruchu może spowodować przyrost wagi. Przetestowałam teorię, sprawdziła się, mam rację. Bez dyskusji! Skontrujesz: przecież jest dieta białkowa! Dieta białkowa jest beznadziejna, meganizedrowa i nie daje trwałych efektów, więc nie daj się ogłupić i nie wierz w to. 

10. Bieg - był dla mnie najważniejszą formą ruchu, ale nie taki zwykły. Zima i mróz nie zachęcały mnie do wychodzenia na dwór, a stwierdziłam, że bieganie będzie największym wyzwaniem i najlepszym spalaczem kalorii. Nie pomyliłam się. Założyłam sobie, że codziennie o godzinie 20 będę przez minimum 20 minut biec w miejscu. Obowiązywała tylko jedna zasada: żadnej taryfy ulgowej i żadnych piętnastominutowych opóźnień. Dwudziesta to dwudziesta, 20 minut to 20 minut, a bieg to bieg, więc powolne truchtanie nie wchodziło w grę. Przez ten czas pot miał lać się ze mnie strumieniami. Zakładałam wtedy słuchawki na uszy, włączałam energiczną muzykę, ustawiałam czasomierz na 20 minut i podnosząc kolana jak najwyżej, starałam się biec dając z siebie jak najwięcej. Na początku było trudno, czasem myślałam, że nie dam rady i odliczałam minuty do końca, ale powtarzałam sobie, że najwyżej umrę, ale się nie poddam i z czasem 20 minut przerodziło się w 40, a później w godzinę i więcej. Codziennie dodawałam kilka minut, jeśli czułam, że jestem w stanie biec dalej. Już po tygodniu nabrałam kondycji i okazało się, że 20 minut to tylko rozgrzewka, bo tak naprawdę najlepiej biegnie mi się po przekroczeniu 40. Oczywiście były złe momenty, zmęczenie, gorszy dzień, osłabienie, okres lub przeziębienie, ale nawet wtedy nie odpuszczałam i zawsze starałam się przebiec ustalone minimum. Satysfakcja była nieziemska. Kolejny dzień i krok bliżej do celu. Koszulkę (dosłownie) wyżymałam z potu. Wyglądałam, jakbym wyszła przed chwilą spod prysznica. Ale było warto!

11. Ćwiczenia - wymyślałam sama, choć stanowiły one jedynie 20 % mojej aktywności fizycznej. Wracałam z biegania i od razu brałam się za gimnastykę. Przejrzałam internet w poszukiwaniu ciekawych programów, jednak nie znalazłam nic interesującego, przy czym bym się nie nudziła. Szczególnie znużyła mnie Chodakowska. Po trzech próbach gimnastyki z różnymi internetowymi trenerami stwierdziłam, że potrafię sama opracować ćwiczenia dla siebie i... nie pomyliłam się. Człowiek jest na tyle inteligentną istotą, że zdaje sobie sprawę, jak pracują mięśnie, w którym momencie powinny się napinać, a kiedy stawiać opór. Ty również nie potrzebujesz, żeby ktoś Ci mówił, jak masz żyć jakie ćwiczenie i w jaki sposób masz wykonać. Tego potrzebują tylko idioci. Chcesz przykład, że Ty też potrafisz? Proszę bardzo. Najprostsze rozciąganie. Nie uginając nóg zrób skłon do przodu i spróbuj dotknąć dłońmi podłogi. Wykonaj ćwiczenie tak, żeby poczuć swoje mięśnie i zapamiętaj, gdzie boli, ciągnie, napina się, które partie ciała pracują. Łatwe? Odkrywanie, nawet metodą prób i błędów, tajników ćwiczeń jest ciekawsze niż gdybym powiedziała Ci, że masz stanąć prosto, złączyć nogi, wyprostować ręce, schylić się tak, żeby czuć napinające się łydki, uda i tyłek. W ten sposób uczysz się swojego ciała, wiesz nad jakimi partiami musisz popracować, a przy tym stajesz się swoim własnym trenerem. A potem możesz uczyć innych. Ja codziennie ćwiczyłam inaczej, modyfikowałam, wykorzystywałam krzesło, łóżko, podłogę, ścianę. Nie ma złych ćwiczeń. Trzeba tylko pamiętać, żeby każdy ruch wykonywać dokładnie, powtarzać przynajmniej 10 razy, myśleć nad pracą ciała. Musisz poczuć opór i dyskomfort. Przede wszystkim nie dawałam sobie taryfy ulgowej i gdy wykonałam ćwiczenie niedokładnie, sama wymierzałam sobie "karę" w postaci dodatkowych 3 powtórzeń. 

12. Miejsce - być może myślisz teraz, że wszystko ładnie pięknie, ale nie masz miejsca, żeby ćwiczyć w ten sposób. Ja też nie miałam, a nie szukałam wymówek. Mieszkałam w akademiku. Jeden pokój, trzy dziewczyny, a to co dla mnie było podłogą, dla innych ludzi było sufitem. Pokój odpadał. Korytarz raczej też, bo ciągle ktoś się kręcił. Jedynym spokojnym miejscem była łazienka, a dokładniej przedsionek, z którego wchodziło się albo pod prysznice albo do toalety. Dodatkowo znajdowało się tam lustro, więc mogłam przyglądać się zmianom zachodzącym w moim wyglądzie. Ludzie przechodzący tamtędy na początku byli zdziwieni, ale też kibicowali mi, wspierali, czasem pogadaliśmy i nawet w tak dziwny sposób zyskałam kilku znajomych. Raz nawet przyłączył się do mnie jakiś chłopak i biegliśmy sobie razem.

13. Koniec ze śmieciami - koniec z alkoholem, słodyczami, chipsami, ciastkami, pizzą, mrożonkami, ze wszystkim, co ma w sobie nadnaturalne ilości cukru i tłuszczu. Mając dobrą motywację nawet nie poczułam, że z czegoś zrezygnowałam, a musisz wiedzieć, że słodycze uwielbiam. Żadnych pojedynczych kostek czekolady, "tylko jedno ciasteczko" również odpadało. Skusisz się raz - koniec motywacji i przemiany. Na imprezach potrafiłam odmówić alkoholu. Śmieciowego żarcia absolutnie mi nie brakowało.

14. Dieta - jadłam wszystko oprócz rzeczy wymienionych powyżej i w dowolnych ilościach, jednak... Pilnowałam, aby dużą część z tego stanowiły owoce i warzywa oraz aby się najeść, ale nie przejeść. To znaczy, że jadłam wystarczająco, aby mieć energię i nie czuć głodu. Nie trzeba żreć, jak świnia. Na moje menu składały się trzy posiłki dziennie. Jeżeli pomiędzy nimi czułam głód, zjadałam jabłko lub inny owoc. W ciągu dnia potrzebowałam ok. 1300 - 1400 kcal, żeby dobrze funkcjonować i nie ukrywam, ale przyrządzając potrawy mniej więcej przeliczałam kalorie. Mimo to, nigdy nie chodziłam głodna. Wręcz przeciwnie - czułam się lekko i zdrowo. 

15. Ostatni posiłek o 17 - kolejna ważna zasada. Mój ostatni posiłek zjadałam o 17 (chyba, że wracałam później z zajęć). Po tej godzinie lodówka była dla mnie zamknięta niezależnie od pory chodzenia spać. Wiem, że wmówiono Ci, że powinno się jeść dwie godziny przed snem, bo inaczej sobie zaszkodzisz. Ja Ci mówię, że są to brednie. Kończąc jedzenie o tak wczesnej porze czułam się lekko, zdrowo, miałam więcej energii, łatwiej mi się myślało. Pamiętaj, że o 20 jeszcze przynajmniej godzinę intensywnie ćwiczyłam i miałam na to siłę. Organizm bardzo szybko przyzwyczaja się do takiej zmiany i już po tygodniu prawdopodobnie nie będziesz czuła głodu (jeśli jadłaś późno). 

 PO

Po dwóch i pół miesiąca osiągnęłam cel. Udało mi się zrzucić zaplanowane 10 kg w dużo krótszym czasie niż sądziłam. Tygodniowo chudłam 1 kg. Od tej pory minęło 2 lata, a ja nadal ważę 70 kg praktycznie nie robiąc nic, aby tę wagę utrzymać. Na zdrowie nie narzekam. Ćwiczę, kiedy chcę, czyli około dwa razy w tygodniu i robię to z przyjemnością. Przez dwa i pół miesiąca zdążyłam przyzwyczaić się do aktywności fizycznej i nie potrafię już wykluczyć jej ze swojego życia. Jem zdrowiej, za słodyczami nie tęsknię, choć czasem potrafię zjeść kawał ciasta lub tabliczkę czekolady. Jedzenie do 17 stało się standardem. Wiadomo, że zdarzają się wyjątki, ale nie boję się, że przytyję nawet jedząc raz na jakiś czas pizzę w środku nocy. Nie pilnuję się, nie przeliczam kalorii, nie zmuszam do niczego. Jem i piję  co chcę, a waga stoi w miejscu. Poprawiłam również swoją koordynację ruchową, jestem bardziej świadoma swojego ciała. Udowodniłam sobie, że potrafię osiągnąć wyznaczony cel, potrafię pracować nad sobą, potrafię wady zamienić w zalety, a z porażek wyciągać wnioski. Stałam się jeszcze silniejsza i wiem, że jeśli bardzo chcę, to mogę osiągnąć wszystko. Potrzeba tylko ciężkiej pracy i samozaparcia.

EPILOG

Nie słuchaj ludzi, kiedy mówią, że Ci się nie uda. Twierdzą tak, bo są zbyt ograniczeni lub zadufani w sobie. Wydaje im się, że jeśli sami nie potrafią czegoś zrobić, to jest to niemożliwe. Nieprawda! Jest to niemożliwe dla nich, bo postawili sobie barierę. Ty jednak możesz pokazać takim osobom, że możliwości są nieograniczone i nie mają racji. Często spotykałam się z uśmieszkami i niewiarą w to, że bez specjalnych diet i ćwiczeń przygotowanych przez "specjalistów" uda mi się schudnąć. Co ja tam wiem. A potem okazywało się, że jedna dziewczyna rozwaliła sobie układ pokarmowy i wątrobę przez dietę białkową, dzięki której mdliło ją na okrągło, a narządy wewnętrzne bolały, jakby ją ktoś pobił. Inna przytyła dwa razy tyle, ile ważyła przed dietą. Kolejna sądziła, że bez ruchu uda jej się zrzucić nadwagę. Jak się później okazało, te same osoby, które się podśmiewały, zaczęły po cichu brać ze mnie przykład. I całe szczęście, bo wyszło im to na dobre, a przynajmniej nie zaszkodziło.


Chciałabym, żebyście posłali ten wpis dalej w świat, udostępnili znajomym. Może ktoś się opamięta i przestanie stosować dietę wyniszczającą jego organizm. Może ktoś zrozumie, że w życiu ogranicza nas jedynie własna wyobraźnia. Może ktoś ogarnie się i przestanie bezmyślnie wierzyć w to, co próbują nam wmówić opiniotwórcze media. A może ktoś skorzysta i przetestuje na sobie mój sposób odchudzania.

47 komentarzy:

  1. a pamiętam, że jak kiedyś mówiłam ci, że dieta białkowa to kupa, bo niszczy organizm, to nie chciałaś za bardzo słuchać wtedy;)
    z twoim wpisem zgadzam się, ten sposób to dobra metoda na schudnięcie. no może z wyjątkiem takiego detalu do punktu odnoszącego się do ćwiczeń. jak ktoś chce trenować z trenerami z internetu, to czemu nie, nie powiedziałabym, że to od razu dla idiotów. mnie na przykład to pomaga, bo wiem, że sama układając sobie trening bym się tak nie przycisnęła jak wtedy, kiedy obserwuję, kiedy ktoś robi to samo ćwiczenie. albo robiłabym mniej powtórzeń. no i często można sobie podłapać trochę nowych ruchów, których się wcześniej nie znało, a które zmuszają do pracy nie tylko te podstawowe partie mięśni :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie napisałam, że ćwiczenie z internetowymi trenerami jest dla idiotów. Przeczytaj uważnie. Napisałam, że tylko idioci wierzą, że koniecznie potrzebują internetowych trenerów, a tak naprawdę człowiek sam potrafi wydedukować i nauczyć się, jak powinien ćwiczyć i jakie partie mięśni uaktywniać podczas ćwiczeń. Jeśli ktoś woli ćwiczyć z trenerem z internetu to też może. Tylko nie bezmyślnie.

      Usuń
    2. "Ty również nie potrzebujesz, żeby ktoś Ci mówił, (...) jakie ćwiczenie i w jaki sposób masz wykonać. Tego potrzebują tylko idioci." - to trochę jednak tak brzmi, jakby to było dla idiotów. ale jednak trener czasem pokazuje i mówi wartościowe rzeczy (i nie mam na myśli Chodakowskiej, bo ta to akurat mało się do tego nadaje :D). sami często wybieramy ćwiczenia w osobistym treningu, które wykonujemy chętniej, bo są w jakiś sposób przystępniejsze dla nas, może łatwiejsze do wykonania. biegać w końcu -lepiej lub gorzej - umie każdy. ja w życiu bym się nie zmusiła sama do napieprzania "delfinków" bo tego nie znoszę i moje ciało też tego nie znosi, ale jednak ćwiczenie jest dla niego dobre:). więc nie zgodzę się, że zawsze sami wiemy, jakie mięśnie uaktywniać przy treningu - przynajmniej nie na początku przygody. ale oczywiście, nie wolno niczego robić bezmyślnie.:) czy to samemu, czy z trenerem.

      Usuń
    3. A widzisz co jest "przekreślone" w tym samym zdaniu, które cytujesz? Masz odpowiedź. Nie zrozumiałaś ironii, jak i ogólnego sensu wpisu. Chyba nie sądzisz, że pisząc o motywacji, o rozwoju osobistym, o nauczeniu się myślenia krytycznego mogłabym napisać taką głupotę, że rozsądne ćwiczenie z trenerem z internetu jest dla idiotów. Wyjaśniam jeszcze raz: ćwiczenie z trenerem tak, jeśli myślisz co robisz, a nie tylko skaczesz, bo ktoś skacze. To ma sens tylko wtedy, gdy faktycznie podskakujesz i analizujesz, jakie partie ciała i mięśnie w tym momencie pracują. Dyskusję uważam za zakończoną.

      Usuń
  2. Dla mnie najtrudniejsze jest zawsze to, by postanowienie utrzymać. Kiedyś się zawzięłam: zdrowe odżywianie, ćwiczenia... Wytrzymałam miesiąc. Potem rozłożyła mnie choroba, wszystko mnie bolało i nic mi się nie chciało. I co? I się poddałam... I bardzo tego żałuję, bo już po miesiącu nie tylko widać było efekty, ale ja sama je czułam. I szlag to trafił tylko z mojej winy. Rozleniwiłam się, a mój mózg pracował w trybie: mam to gdzieś, będę gruba, za bardzo kocham jedzenie. I tak w sumie od sierpnia.
    Teraz, jako postanowienie noworoczne, postanowiłam dać sobie jeszcze jedną szansę. Niestety jestem jedną z tych osób, którą właśnie zachęcają tak banalne rzeczy jak poniedziałek, początek miesiąca czy początek roku - nic na to nie poradzę, tak już mam. Staram się skupiać na wytrzymałości psychicznej i stawiania sobie wyzwań bardziej niż na zrzuceniu kilogramów - dokładnie to o czym wspominałaś. Przede wszystkim chcę czuć się dobrze we własnym ciele. Lżej. Zdrowiej. Mieć lepszą kondycję.
    Wykreśliłam ze swojego jadłospisu wszelkie bomby kaloryczne i śmieciowe żarcie. Odnowiłam przyjaźń się z wodą mineralną. W tabletki nie wierzę. Tak samo jak w te wszystkie pseudo-herbatki odchudzające. Chciałabym też na stałe pożegnać kawę, ale jeszcze do końca nie wiem jak to zrobić. Szukam skutecznych (zdrowszych) zamienników, ale na razie nie znalazłam nic odpowiedniego. Dla kogoś kto pije kawę codziennie od prawie dziesięciu lat, jest to wyzwanie.
    Jeśli chodzi o aktywność fizyczną, najlepiej wychodzi mi to w czterech kątach własnego pokoju. Przyznaję - ćwiczę z programem, którego trzymałam się przez miesiąc przed wspomnianym fiaskiem. Kiedyś próbowałam wymyślać ćwiczenia sama, ale marnie mi to szło. Nie ćwiczę z Chodakowską, chociaż kiedyś od niej zaczynałam. Może i jej programy treningowe są skuteczne, ale całe wykonanie i nastawienie jest smętniejsze niż niejedna stypa. Jest za bardzo spokojna, cicha. Ja potrzebuję kogoś, kto da mi kopa, włoży w te ćwiczenia energię i tą energię przekaże mnie. Po wielu próbach i błędach takiego kogoś znalazłam i jestem zadowolona.
    Mówiłaś, że biegałaś w miejscu. Mnie bieganie w miejscu w ogóle nie urządza. Chciałabym zacząć biegać w terenie, ale nie mam jeszcze tyle odwagi. Mam wrażenie, że jeśli zacznę biegać po okolicy, napotkam kpiące spojrzenia sąsiadów... Poza tym i tak najpierw musiałabym się zaopatrzyć w dobre buty do biegania :)
    No cóż... Zobaczymy co z tego wyjdzie. Jestem zdeterminowana i mam nadzieję, że tym razem się nie poddam. Nawet jeśli dopadnie mnie jakaś choroba, oby nie była ona żadną wymówką.
    -Olga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nigdy nie jest za późno, żeby zacząć ponownie. Teraz już wiesz, co działa na Twój organizm najlepiej i na pewno, jak już ruszysz z ćwiczeniami, to dasz radę, wytrwasz w postanowieniu i będziesz z siebie dumna. Sama też próbowała biegać po parku, ale co najdziwniejsze, nie zauważyłam żadnych efektów w porównaniu z bieganiem w miejscu. Ale może mój organizm reaguje inaczej :) Trzymam kciuki, żeby Ci się udało!
      A kawę najlepiej zastapić Yerbą :) Dużo zdrowsza, skuteczniejsza i zamiast pobudzać dodaje energii.

      Usuń
  3. Gratuluje motywacji i wytrwalosci Ja wlasnie man za soba godzine lezenia na kanapie i ze 4 batoniki z advocatem. A byly czasy ze juz o 5 rano bylem na silowni a wieczorami jeszcze na boksie. I jakos nie umiem ruszyc dupy zeby znowu bylo jak kiedys

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Człowiek z czasem się rozleniwia. Może kiedyś jeszcze znajdziesz motywację ;) Odpoczynek też jest potrzebny ;P

      Usuń
    2. Cholera, dwa lata nie ruszalismy rowerow z piwnicy, az wstyd! Niepotrzebnie czytalem twoj wpis bo teraz w myslach sie caly czas opierdalam za moje lenistwo!

      Usuń
    3. To może dobrze, że mój wpis ruszył sumienie ;) Niech będzie dla Ciebie taką samą motywacją, jak dla mnie było zobaczenie siebie na poimprezowym zdjęciu :) Poza tym... Rower to świetna sprawa.

      Usuń
  4. Muszę tę notkę polecić znajomej, bo u niej jest wiecznie efekt jojo. Twój wpis na pewno wiele jej pomorze .Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super! Polecaj! Może rzeczywiście tym razem jej się uda, a mój wpis stanie się dla niej dużą motywacją :) Odpozdrawiam!

      Usuń
  5. Też byłem kiedyś młodym grubaskiem i w sumie to mogę potwierdzić wszystko co tu napisałaś. Rzetelny tekst ; )

    OdpowiedzUsuń
  6. Kurczę - dawno nikt tak dosadnie nie wytłumaczył mi dlaczego metoda 6 dni diety + 1 dzień Jokera jest idiotyczna. Wiesz że rzuciłam palenie, wiec metafora z niedzielnym papieroskiem bardzo do mnie przemówiła - bo doskonale wiem ze gdybym zapaliła choć jednego fajka, to wróce znów do szlugów. Wielkie dzięki, dobry tekst

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo proszę. Nie ma co sobie odpuszczać. Trzeba iść za ciosem :)

      Usuń
  7. Bardzo dobrze napisane. Jeszcze nigdy nie widziałam takiego bloga i na prawdę mi się spodobał.
    Zmotywowałaś mnie do pracy i na prawdę wezmę pod uwagę twoje spostrzeżenia. To bardzo mi pomogło ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się. Zapraszam częściej! :)

      Usuń
  8. Ale zaczęłam się śmiać, kiedy przeczytałam o zdjęciu ^^ Jakoś dziwnym trafem ostatnio użalałam się nad identyczną fotografią :P Teraz chyba Twoje słowa staną się dla mnie motywacją. :) I właśnie coś w tym jest, trzeba zacząć od zaraz, tak, jak ja zaczęłam od zaraz, rzucając palenie. Nie było sensu czekać do końca paczki, bo wiedziałam dobrze, że to się skończy kupnem nowej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłam iście przerażona swoją fotografią, więc nie widziałam innego wyjścia, jak tylko ruszyć dupsko i wziąć się za siebie. Trzymam kciuki, żeby Ci się udało!

      Usuń
  9. Pora wykorzystać zatem moje nowe najkacze :D dzięki!

    OdpowiedzUsuń
  10. Bardzo fajny wpis. Ja nie mam problemu z aktywnością fizyczną, bo biegam na długich dystansach ale niestety mam problem z utrzymaniem diety :(. Jestem leniwcem, wiem. Czas sobie spojrzeć prosto w oczy. Mam 10 kg do zrzucenia spokojnie, chyba muszę się ostro wziąć za twarz, bo nawet w bieganiu mi taka redukcja pomoże.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie trzymam kciuki, żeby Ci się udało!

      Usuń
  11. Hej! Przeczytałam twój wpis i jestem pod wrażeniem. sama chciałabym schudnąć jakieś 5 kg :/ Mam 163 cm a waże 68 kg. zwykle odchudzałam się jakieś 2 tygodnie,ale potem rezygnowałam i zawsze słodycze mnie kusiły. Ale dzisiaj powiedziałam sobie dość! Skończysz gimnazjum chudsza o 5 kg i pójdziesz do liceum. Zaczniesz od nowa.
    Spróbuję tak jak ty :) Jestem gotowa aby się zmienić. Chcę być lepsza i poprawić kondycję fizyczną. Jeszcze długa droga do celu. ALE DAM RADĘ. KONIEC ZE SŁODYCZAMI! :D dzięki tobie mam jeszcze więcej motywacji :) trzymaj kciuki x
    Julka

    OdpowiedzUsuń
  12. Amen 😆😆 nic dodać nic ująć , tylko wziąć się i zmotywować i ulepszyc sie i swoje zycie na zawsze

    OdpowiedzUsuń
  13. Amen 😆😆 nic dodać nic ująć , tylko wziąć się i zmotywować i ulepszyc sie i swoje zycie na zawsze

    OdpowiedzUsuń
  14. Ja w pół roku schudłam prawie 30kg. Wagę utrzymuję ponad 2 lata. Robiłam to co Ty, ale ja tańczyłam zumbę. Zostało mi jeszcze kilka kilo- dzięki za motywacje, znalazłam ją. Zgadzam się z Toba w 100 % (nie licząc ćwiczeń z trenerami- bo je lubię). Buziaki

    OdpowiedzUsuń
  15. Bardzo fajny wpis, każda osoba, która zmaga się z kilogramami, bądź wprowadzeniem chociażby zdrowych nawyków żywieniowych rozumie każde słowo z tego posta - wytrwałości dla każdego ! <3

    OdpowiedzUsuń
  16. A ile razy w tygodniu ćwiczyłaś? :-)

    OdpowiedzUsuń
  17. A ile razy w tygodniu ćwiczyłaś? :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Codziennie. Nie miałam ani jednego dnia przerwy, aż do osiągnięcia celu. Inaczej to bez sensu, bo człowiek pozwala sobie odpuścić ćwiczenia raz, drugi, a później całkowicie się rozleniwia. Najważniejsze to nie wypaść z rytmu.

      Usuń
  18. Hi..spodobal mi sie twoj tekst jest bardzo motywujacy .mam pytanko co jadlas na sniadanie obiad czy kolacje..z gory dziekuje za odp.

    OdpowiedzUsuń
  19. Dla mnie wybawieniem w ramach odchudzania okazała się być Poradnia Dietific w Krakowie.

    OdpowiedzUsuń
  20. Ale się nakręciłam....za mną już dietetyki...itp... I lenistwo i JoJo😕....ciekawe czy dzięki Tobie się uda....dziękuje za kopa😋

    OdpowiedzUsuń
  21. CD....schudlam...9kg wróciło 6😿...przy wzroście 160 cm wazę 66...marzę o 10 mniej...spróbuje Twoją metodę....🙌

    OdpowiedzUsuń
  22. CD....schudlam...9kg wróciło 6😿...przy wzroście 160 cm wazę 66...marzę o 10 mniej...spróbuje Twoją metodę....🙌

    OdpowiedzUsuń
  23. Nigdy nie komentuję, ale ten jeden jedyny raz zrobię wyjątek:

    Twój wpis jest WSPANIAŁY!

    I niby to wszystko też wiedziałam ale świetnie to razem zebrałaś, zgadzam się z każdym zdaniem, a teraz czas to zastosować!

    OdpowiedzUsuń
  24. Najlepsza dieta :) http://www.chudni.j.pl/

    OdpowiedzUsuń
  25. Poświęciłam jakieś 20 minut na przeczytanie tej historii i w moim odczuciu został napisany w tak złym świetle że wątpię że większość chcących się odchudzać weźmie się za siebie a wręcz przestraszy się jaki "straszny" jest rygor w czasie zmiany sposobu myślenia i chęci zmiany życia. A to nie o to chodzi. Bo mam wrażenie że zrobiłaś niewolnika ze swojego organizmu choć w niektórych momentach wmawiasz że życie Ci się zmieniło, że jest super. Nie! Jakoś nie zauważyłam żebyś była specjalnie szczęśliwa. Ja sama jestem na diecie i ćwiczę bo miałam ogromną chęć zmiany swojego życia i chce to zmienić na zawsze, ale staram się myśleć pozytywnie o tym co robię, robię tak żeby było to wielką przyjemnością, ale broń Boże być katem dla samego siebie bo prędzej czy później można się poddać (o zgrozo współczuję jedzenie kolacji o 17). I już autorko nie wprowadzaj reżimu że zero ciastka czy coś. Mi od czasu do czasu zdarza się zjeść dwie kostki czekolady czy ciastko małe, i jakoś od tego nie tyję. Fakt nie na co dzień ale raz na jakiś czas. Ja uważam że będąc katem oraz bycie niewolnikiem we własnym ciele nie prowadzi do niczego dobrego. W czasie wagi utrzymaniowej wiadomo trzeba trzymać dietę, ale nic się nie stanie jak od czasu do czasu zje się ciasto (co odmówisz kawałka tortu na urodzinach kogoś bliskiego? Jeśli tak to szczerze współczuję Ci) czy trochę frytek czy małego hamburgera to wierz mi nic się nie stanie! Mam kilka koleżanek które przechodziły dietę odchudzającą, ćwiczyły, ale czerpały z tego ogromną przyjemność, to potem jak osiągnęły wymarzoną wagę dalej trzymały się innego sposobu życia, jadły na co dzień zdrowo, pięć posiłków dziennie. Ćwiczyły choć mniej intensywnie, czasem zdarzyło im się że przy sobotnim wyjściu na rynek skusiły się na frytki czy hamburgera, ale to się zdarzało może raz na miesiąc! I wagę trzymały.
    Ludzie zmieniając sposób myślenia mają tak zmienić ten sposób aby aktywność fizyczna i jedzenie było przyjemnością, bo po wpisie autorki tego nie zauważyłam, stała się raczej więźniem we własnym ciele (znając życie będzie negować to) ale takim myśleniem nie dojdzie daleko. To co robimy ma być PRZYJEMNOŚCIĄ i potrafimy to pokochać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Popieram. Tekst amatorski

      Usuń
  26. nooooo świetna historia :) moja jest podobna ale ja sie udałam po pomoc do psychodietetyka czyli pracujemy nad moją głową a przy okazji nad jedzeniem i powiem szczerze że jestem zadowolona :) wiadomo nic się z kosmosu nie bierze więc nad ciałem musze popracować sobie juz sama ale jakos mi to nie przeszkadza bo bynajmniej trafiałm nad takie historie jak ta które dają mi powera do działania :) wielkie gratulacje a gdyby ktokolwiek chciał pójśc w moje ślady to polecam www.twojcel.eu

    OdpowiedzUsuń
  27. a co myślicie o agreście indyjskim? chodzę na siłkę, mam dietę, ale zastanawiam się nad jakąś suplementacją, żeby przyspieszyć cały proces

    OdpowiedzUsuń
  28. Schudłam 12 kilo w czerwcu 2015(ćwiczyłam 3,4 razy w tygodniu plus podobna dieta jak wyżej czyli mniej żarcia i do 17tej) trzymałam wagę do września 2016 kiedy to dopadła mnie depresja i zaczęłam żreć.Obecnie jestem na zero czyli od września plus 12 kilo.Nie mieszczę się w ciuchy pokupowane rok temu.Krew mnie zalewa ale co 2,3 dni sie trzyman potem wszystko wraca.Mam 51 lat wie jest mi trudniej chociaż jak sie jest silnym to mozna wszystko,Ja jakos nie moge przez ciagly smutek(smierc bliskiej osoby i inne problemy) Jak znowu wziąć sie za siebie,zle sie czuje taka ciężka....

    OdpowiedzUsuń
  29. A co z miesem?

    OdpowiedzUsuń
  30. ja tez się pochwalę 17kg mniej ale bynajmniej nie robiłam nic oby można nzwac dietą, rygorem, ograniczaniem itp. jestem z siebie dumna, zadowolona i szczuplejsza a jak czowiek sie lepiej czuje w swoim ciele wiadomo ze przeklada sie to na jego zycie osobiste, zawodowe i intymne :) ja akurat chudłam z psychodietetykim z gdyni firma cel ktory nie tyle dal mi jadlopsis i powiedzial co moge a czego nie co zmienil moje nastawienie i podejscie do jedzenia :) dlatego goraco polecam bowiem ze to zmiana na stale a nie tylko na miesiac :)

    OdpowiedzUsuń
  31. Hej dziewczyny, czasami w życiu treningi to nie wszystko, trzeba jeszcze dobrać odpowiednią dietę do wykonywanych ćwiczeń. Taką odpowiednią dietę szukałam przez cały miesiąc. W znalezieniu pomogli mi dietoholicy, dzięki ich diecie schudłam 10kg w ciągu 21 dni. Coś niesamowitego, a jednak.. www.dietoholicy.pl.dieta-21-dni/ Po skończeniu tej diety w końcu nie wstydzę się wyjść w upalny, letni dzień na dwór. Polecam wszystkim kobietom, które poważnie podchodzą do tematu zdrowego odżywiania! :)

    OdpowiedzUsuń